– Miśku, w maju mam tygodniowy wyjazd – oznajmiła jakiś czas temu Iza.
– Eee, ale jak to? Gdzie? – odparłem błyskotliwie.
– Do Portugalii. Służbowo. – usłyszałem w odpowiedzi.

W praktyce oznaczało to dla mnie, że przez tydzień będę sam na gospodarstwie z dwójką naszych maluchów. Przyjąłem to spokojnie. Wiedziałem, że wczasy w spa to nie będą, ale bez przesady, w końcu jestem tatą od ponad 3,5 roku, coś tam się już udało przyswoić w dziecięcych tematach.

SAM z dziećmy na cały tydzień? Jak Ty sobie poradzisz? 

Jednak im bliżej dnia wyjazdu Izy, tym coraz więcej osób z troską pytało, jak ja sobie poradzę. Bo wiadomo jak to jest. Wyobraźcie sobie „typowego” tatę, czyli takiego jaki Wam właśnie przyszedł na myśl. Teraz dorzućcie do tego 3,5-letniego chłopca i 2-letnią dziewczynkę. Jako czas akcji przyjmijmy sobotni poranek, a miejsce – dwupokojowe mieszkanie. Co widzicie? Czy jest to bałagan na podłodze, przypalona jajecznica, biegający w popłochu facet w gaciach oraz poplamionej koszulce i przynajmniej jedno płaczące dziecko? No właśnie. Szczegóły mogą się różnić, ale ogólny klimat został zachowany.

Czy tak było i u nas w trakcie tego tygodnia? No pewnie! Nie cały czas, ale niejednokrotnie i owszem. Swobodnie czuję się jak mam na głowie do ogarnięcia tylko jedną rzecz. Przy dwóch zadaniach zaczynam się gubić, ale jeszcze panuję nad sytuacją. Trzy, do tego pojawiające się co chwilę, jedno po drugim, powodują zawieszenie systemu. A do domu wkracza chaos.

Ugośćmy chaos

I wiecie co? Gdy ma się dzieci, ten chaos trzeba po ludzku, najzwyczajniej ugościć. Uczę się tego cały czas. Dążenie do perfekcji w utrzymaniu dzieci i domu w idealnym stanie naprawdę nie ma sensu. Zachodzę w głowę, skąd u ludzi, którzy zostają rodzicami bierze się to dążenie do porządku absolutnego. Pedantem nigdy nie byłem i chyba już się nim nie stanę. W pracy na moim biurku wciąż leży rozrzucone konfetti, które znajomi przygotowali dwa miesiące temu z okazji moich urodzin. Warstwa kurzu na komodzie przeszkadza mi tylko trochę. Ale woda rozlana na podłodze przez Antka czy Maję urasta do rangi dramatu. Biegnę jak poparzony po ręcznik papierowy, rzucam się bohatersko na podłogę i wycieram, oceniając w międzyczasie jak bardzo mają mokre koszulki. A może, o zgrozo, także skarpetki! Chaos siedzi wygodnie na kanapie, a ja machając tym papierowym ręcznikiem próbuję go wypchnąć za drzwi.

Wyrodni rodzice z brudnym domem

Odnoszę wrażenie, że to społeczne oczekiwania napędzane poglądami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie sprawiają, że każdy rodzic odczuł podskórnie, że jego dziecko powinno być grzeczne, a dom zawsze czysty. Bo w końcu co to za wyrodny rodzic, którego dziecko w poplamionej koszulce biega wśród rozrzuconych zabawek w domu z brudnymi oknami?! Najgorszy!
Domowy chaos bywa bardzo męczący, bo to jednak miło nie chodzić po okruchach i klockach lego. Ale bieganiu z wywieszonym językiem, aby ten rozedrgany świat rodziców i dzieci zamienić magicznie w krainę czystości i siedzących spokojnie dzieci pora powiedzieć stanowcze „nie”!

PS A tydzień bez Izy przeżyliśmy cali i zdrow. Ale we czwórkę zawsze najlepiej <3
PS2. Okna, jak były brudne, tak nadal są.

M.