Póki dzieci nie pójdą do szkoły, teoretycznie mamy więcej swobody w planowaniu urlopów. Zamiast lipca i sierpnia, kiedy o chwili wytchnienia marzy cały kraj, zapełniając tłumnie każdy zakątek, w którym można wypocząć, a ceny wakacji dla czteroosobowej rodziny zwalają z nóg, możemy wybrać jakikolwiek inny miesiąc. Ale weź tu siedź w pracy, w koszuli i długich spodniach, gdy na zewnątrz jest 30 stopni, a znajomi w mediach społecznościowych atakują Cię 27 wakacyjnymi zdjęciami dziennie. Nie ma mowy!

To gdzie na wakacje w lipcu?

Na ubiegłoroczny lipiec zaplanowaliśmy więc tygodniowy urlop. Założenie było proste – o ile Macedonię wybraliśmy w dużym stopniu pod naszym kątem, zaniedbując, przyznaję ze zgrozą, potrzeby naszych dzieci, o tyle ten wyjazd miał być przede wszystkim dla nich: ciepła woda, piasek i place zabaw. Pierwsza myśl to nasz Bałtyk. Iza jest znad morza, ja też mam wiele miłych wspomnień przywiezionych z wybrzeża. Nasze łobuziaki sympatię mają jednak na razie większą do ciepłej wody niż zimnego Bałtyku. No i ta pogoda, wieczna ruletka, fiftyfifty, trafisz albo nie. No to nie, szukamy dalej.

Jak rzadko kiedy, pomyśleliśmy o skorzystaniu z pomocy biura podróży. I tu rozczarowanie. Okazuje się, że opcja last minute dla czteroosobowej rodziny to nienajlepszy pomysł. Ofert tyle, co kot napłakał, w przystępnej cenie jedynie paździochowe hotele znacznie oddalone od plaży. Wracamy więc do niezawodnej metody – szukamy na własną rękę. Znajdujemy niedrogie loty czarterowe do Burgas w Bułgarii.

Tylko nie Bułgaria!

Zaraz. Bułgaria? Nieee, nie jedźmy tam, pomyśleliśmy. Bułgaria kojarzy nam się z zatłoczonymi plażami, imprezowym towarzystwem lubującym się w opcjach all inclusive i powiedzmy sobie szczerze – trochę przaśnym otoczeniem. Ale może to tylko stereotypy? Może powinniśmy dać szansę Bułgarii i spróbować odczarować te kiepskie skojarzenia?

Od razu odrzuciliśmy więc pobliski Słoneczny Brzeg – imprezowy kurort to nie miejsce dla nas. Szukając dalej trafiliśmy na sąsiednią miejscowość Święty Włas i kompleks, który zdawał się idealnie trafiać w nasze potrzeby. Zarezerwowane. Odliczamy dni do urlopu.

Ot, miłe zaskoczenie!

Nie pomyliliśmy się – hotel położony na obrzeżach tej niewielkiej mieściny był dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Przede wszystkim czyste, ciepłe morze z piaszczystym dnem i łagodnym zejściem. Wręcz stworzone dla małych dzieci. W pobliżu trzy plaże, z których szczególnie upodobaliśmy sobie dwie mniejsze, z uroczym klimatem. Do tego piękne widoki i zupełny brak wszelkiego rodzaju stoisk z junkfoodem, zabawkami czy innymi pierdołkami, które wręcz atakują nas nad Bałtykiem. Być nad polskim morzem z małymi dziećmi, spacerować deptakiem i nie kupić loda/gofra/kulki z automatu/zabawki czy też nie poskakać na balonie, trampolinie i wielu innych przedmiotach, które nadają się do skakania to czyn, według mnie, heroiczny. W Świętym Włazie udało nam się tego uniknąć, a jedyną tego typu atrakcją były lody na patyku z najzwyklejszego sklepiku.

W pokoju mieliśmy do dyspozycji w pełni wyposażoną kuchnię, co bardzo przydaje się, gdy nieco ponad roczna dziewczynka i niespełna trzyletni chłopiec nie marzą o wyszukanym śniadaniu poza hotelem, a domagają się miski płatków z mlekiem, na obiad z kolei najchętniej zjedliby makaron z sosem pomidorowym, który tata, wkładając w to mnóstwo serca, ugotuje im własnymi rękami. Nie, nie gotowaliśmy codziennie. Lokalnej kuchni smakowaliśmy dość często w jednej z dwóch restauracji, które znajdowały się na terenie kompleksu. Nic wyszukanego, ale całkiem smacznie.

Ulubionym miejscem w naszym apartamencie był balkon z widokiem na morze! Miło było zjeść na nim śniadanie (dzieci mogły rozlewać na nim co chciały, płatki mogły im spadać kilogramami na podłogę, okruchy z bułek mogły się sypać bez końca i nie robiło to na nas wrażenia!). Równie miło było posiedzieć wieczorem i napić się wina (no dobra, piwa) przy dobrej książce, gdy dzieci już zasnęły.

Plaża i duży balkon to jednak nie wszystkie atrakcje, jakie na nas czekały. Na terenie kompleksu mogliśmy korzystać z około 10 basenów różnej wielkości, a połowa z nich miała brodziki dla małych dzieci. Dla Antka i Mai stanowiły wielką atrakcję – woda cieplutka, a zdradliwe fale nie atakowały ich co chwilę. Szczególnie spodobał im się basen, który imitował morze – im dalej się wchodziło, tym było głębiej. Skutecznie rozśmieszała nas Maja, zwana przez nas pieszczotliwie „Wariatką”, która trzymana przez nas za ręce bez opamiętania cały czas szła przed siebie. Zatrzymywaliśmy ją, gdy wody miała już po szyję i chciała dziarsko iść dalej. Niewątpliwie udowodniła, że zasługuje na swoją domową ksywkę. Dodatkowo na terenie ośrodka znajdowało się kilkanaście małych placów zabaw, które były poukrywane wśród bujnej zieleni.

Jeden aktywny dzień dla rodziców

Jeden dzień naszego wyjazdu poświęciliśmy na dokarmienie turystycznej części naszej duszy. Odwiedziliśmy pobliski Nessebar, do którego bez problemu dostaliśmy się miejskim autobusem. Podróż w jedną stronę zajmuje około pół godziny, a koszt na osobę to, po przeliczeniu, raptem kilka złotych. Upał niemiłosierny, ale liczymy, że będzie warto. Miasto znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest jednym z najstarszych miast w Europie, a jego początki sięgają kilku wieków przed naszą erą. Nessebar ma niepowtarzalny klimat, na każdym kroku czuć tutaj wpływ wielu kultur i wieków historii, które to miasto ma za sobą. Wiekowe zabytki Antek nazwał „runinami”.

Zanim zostaliśmy rodzicami nasze urlopy były bardziej „miejskie”. Całymi dniami spacerowaliśmy po nowo poznawanych miastach, odwiedzając warte zobaczenia miejsca. W Bułgarii powróciliśmy do krainy dzieciństwa, gdy cieszyliśmy się plażą, pluskaniem się w wodzie i lodami zajadanymi na ławce nieopodal sklepu koło plaży. I wiecie co? To wielka radocha móc przez cały wyjazd patrzeć na świat oczami dziecka i po prostu cieszyć się tym, że na budowany właśnie fort z piasku przy brzegu z zainteresowaniem spoglądają dzieciaki siedzące obok. Podobno faceci rozwijają się tylko przez kilka pierwszych lat życia, a potem już tylko rosną. Hmm, może coś w tym jednak jest… 😉

M.

Jeśli spodobał Ci się tekst i chcesz być z nami na bieżąco, serdecznie zapraszamy do polubienia nas i obserwowania na Facebooku i Instagramie 🙂