Czy jak się jedzie z dziećmi w lipcu nad morze, to jest sens szukać hotelu? Wracasz z plaży, dzieci zdejmują ciuchy. I wtedy wysypują się kilogramy piasku. Zawsze. Ktoś wie jak to się dzieje? Niby wszystko wytrzepane, ale działa jakaś magiczna moc, sprawiająca, że ten piasek zawsze się ukryje. Szukaliśmy więc czegoś innego. Chcieliśmy czuć się swobodniej
i bliżej natury, że tak szumnie powiem. Wracać z plaży ociekający wodą. Rozrzucać wszędzie po drodze piasek.

Kemping! No przecież, to jest myśl! Tak jeszcze nie wypoczywaliśmy, więc najwyższa już pora, żeby zobaczyć, jak nam się to sprawdzi. Zgraliśmy loty, wyszukaliśmy odpowiedni kemping
i tak oto zrodził nam się plan rodzinnych wakacji. Najpierw na dwa dni do naszej ukochanej Barcelony (o której napiszemy niebawem). Byliśmy w niej już wcześniej dwa razy – w 2011 roku sami, a pod koniec 2017 razem z rocznym wtedy Antosiem. Teraz nadszedł czas na odwiedzenie jej także przez Maję. A ze stolicy Katalonii pociągiem do Cambrils.

To nadmorskie miasteczko położone jest na Costa Dorada, około 100 km na południowy zachód od Barcelony. Dojazd pociągiem zajął nam raptem 1,5 godziny. Cambrils jest znanym kierunkiem turystycznym. Miasteczko nastawione jest przede wszystkim na rodzinny wypoczynek. Imprezowni należy szukać raczej w sąsiednim Salou. Z Cambrils jest także blisko do Tarragony, drugiego największego miasta Katalonii.

Mieszkaliśmy na Campingu Joan. Wybór tego miejsca to był strzał w dziesiątkę! Kemping znajduje się tuż obok szerokiej, piaszczystej plaży. Na jego terenie znajdują się różnego rodzaju i wielkości domki, pole namiotowe, miejsca dla kamperów i przyczep, co kto lubi.

My wybraliśmy dla siebie mały, absolutnie uroczy domek. Jego powierzchnia w środku to niby tylko kilkanaście metrów kwadratowych, ale na tej powierzchni mieszczą się łóżka dla czterech osób: jedno podwójne i dwa pojedyncze, jedno wysuwane spod drugiego, łazienka z prysznicem oraz kuchnia. Do dyspozycji mieliśmy kuchenkę, lodówkę, zlew, naczynia, niezłe wyposażenie kuchenne, więc jeśli trochę nam się chciało, to mogliśmy gotować sami. Rzadko to robiliśmy, ale mogliśmy!

Domek był klimatyzowany, co stanowiło cudowne wytchnienie po przyjściu np. ze spaceru, gdy temperatura na zewnątrz przekraczała 30 stopni. Jednak największą atrakcją tego domku był dla nas mały taras, na którym spokojnie mieścił się stół z czterema krzesłami i spory parasol. W dzień wspólnie tam jedliśmy, a wieczorami wypoczywaliśmy z Izą przy zimnym piwie i książkach po całym dniu spędzonym z naszymi łobuziakami. Wszędzie pełno zieleni, idealnie.

W domku obok nas mieszkali Hiszpanie z dwiema córkami w wieku, na oko, 3 i 5 lat. No i traf chciał, że Antek podkochiwał się w starszej z nich, tej imieniem Natalia 😀 Gdy bawiły się przed domkiem, to stał na tarasie i patrzył, jak się bawią. Jak ich nie było, to dopytywał “Gdzie są dziewczynki? Kiedy wrócą?”. Na początku bezskutecznie próbował nawiązać kontakt, bo raz, że bariera językowa, a dwa, że małe Hiszpanki były małomówne.

Jednak z naszym małym wsparciem udało się doprowadzić do wspólnej zabawy w puszczanie mydlanych baniek. Tutaj jednak przeszkodą okazał się sam Antek, który niekoniecznie chciał się dzielić bańkami z Natalią. Z jednej strony urocza pięcioletnia Hiszpanka, a z drugiej bańki mydlane, to jest dopiero dylemat dla niespełna czteroletniego chłopca. Ale wołanie Antka na basenie do Natalii „hiszpańska dziewczynko” zapamiętamy do końca życia. Pochwalę się, że na basenie byłem tak dobrym skrzydłowym dla syna, że Natalia uśmiechała się do niego, podpływała nurkując i gilgotała po brzuchu!

Antoś i Maja zakochali się w basenie ze zjeżdżalnią dla dzieci. Miał on zmienną głębokość, naśladując łagodne zejście do morza, co świetnie sprawdza się u najmłodszych. Dzieci wyposażone w rękawki do pływania z Psim Patrolem mogły dziarsko próbować swoich sił na większej głębokości, co chętnie robiły.

Kemping oferuje gościom także m.in. nieźle zaopatrzony sklep z rynkowymi cenami, co nie jest standardem, małe place zabaw, pralnię, pełny węzeł sanitarny, a także dwie restauracje i food truck. W sklepie mają dobre pizzerinki. Kupowaliśmy ich tak dużo, że pod koniec naszego pobytu pani w części z pieczywem zapytała mnie, czy jestem Włochem. Z mojego bardzo kiepskiego hiszpańskiego wywnioskowałem, że myślała tak właśnie dlatego, bo ciągle kupowaliśmy te pizzerinki.

Pod koniec wyjazdu wypatrzyłem także siłownię, co chyba świadczy o tym, że nie odwiedzałem jej regularnie. Dobra, macie mnie, nie byłem na niej ani razu. Wiecie, jak to jest, przy dwójce dzieci nie ma na nic czasu, prawda? Człowiek pozasuwałby na siłowni, a tu musi siedzieć na plaży i budować zamek z piasku.

Właśnie, plaża. Wspomniałem, że była szeroka i piaszczysta. Nie była także zatłoczona, więc kolejny plus dla niej. Piasek co prawda nie aż tak dobry jak na naszych polskich plażach, ale przyjemność nieprzeciskania się przez tłumy, aby dotrzeć do brzegu morza to dla mnie jednak frajda. Wszyscy zachowywali się swobodnie, byli uśmiechnięci. W dodatku na kocach plażowiczów często kulturalnie stało sobie wino i znowu okazuje się można. Można normalnie, w miłym towarzystwie rodziny lub przyjaciół napić się wina. Piwem czy drinkami raczono się także w przyplażowych barach, które można spotkać co kilkaset metrów.

Jesteśmy miłośnikami nadmorskich deptaków, z których można podziwiać morze. Ten w Cambrils ciągnie się przez ładnych kilka kilometrów aż do pobliskiego Salou. Jeśli nie w ramach spaceru, to do centrum miasta można się też dostać „ciuchciami”, których cztery linie kursują po różnych częściach Cambrils. Dobra atrakcja dla dzieci, bo jednak wydawany przez nie w trakcie jazdy odgłos „ciuuu, ciuuu” cieszył wszystkich najmłodszych.

W Cambrils na każdym kroku znajdziecie place zabaw. Jest ich mnóstwo chyba w całej Katalonii, bo widzieliśmy ich wiele także w Barcelonie, jak i podczas przejazdu przez Salou i Tarrgaonę. Często jest to jedynie jedna zjeżdżalnia albo dwie huśtawki i jakiś bujany koń czy inny zwierz, ale to zawsze zbawienna opcja dla rodziców, gdy dzieci zaczynają marudzić podczas spaceru. „Bolą mnie nóżki”, „Nie mam już siły”, te sprawy. Wtedy Waszym oczom ukazuje się plac zabaw i możecie zakomunikować maluchom z dziką radością w głosie: „Zobaczcie, plac zabaaaw!!!”, a one, mimo tego skrajnego wycieńczenia, którego świadkiem byliście przed chwilą, pobiegną do huśtawek z maksymalną znaną sobie prędkością. Katalonia wie, jak pomagać rodzicom przy marudzących dzieciach.

W centrum Cambrils, tuż obok portu, znajdziecie mnóstwo restauracji i knajp z miejscową kuchnią. Warto też zobaczyć latarnię morską, znak rozpoznawczy miasta, której soczysta czerwień widoczna jest z daleka. Szczerze mówiąc, centrum nas trochę męczyło. Tam było już wielu turystów. Wielu w klimacie „logotypy drogich marek mam wszędzie”.

Nam bardzo odpowiadał klimat okolic naszego kempingu, około 3 km od centrum, gdzie było dużo spokojniej, a Hiszpanie stanowili na oko co najmniej 90%. Swoją drogą muszę wtrącić obserwację dotyczącą turystów. Otóż nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak Rosjanie próbują wszędzie mówić po rosyjsku, dziwiąc się jednocześnie, że mało kto ich rozumie. Mały sklep spożywczy w centrum. Stoję w kolejce do kasy za rosyjską parą. Obsługujący Hindus mówi po angielsku chcącemu zapłacić kartą Rosjaninowi, że terminal niestety się zepsuł i płatność możliwa jest jedynie gotówką. Moje zdziwienie, że w ogóle sam z siebie odezwał się po angielsku, a nie po hiszpańsku. A co robi Rosjanin? Macha gorączkowo kartą i głośno zaczyna pytać o coś w swoim języku. Nie powiem Wam, co mówił, po nie uczyłem się nigdy języka rosyjskiego. Sprzedawca cierpliwie, po angielsku i z bogatą gestykulacją pokazuje banknoty i wskazuje bankomat.
A Rosjanin dalej swoje. Myślę sobie „No na bank Hindus w sklepie w Cambrils nagle zrozumie cię po rosyjsku”. W końcu partnerka Rosjanina ogarnęła sytuację i wyjęła banknoty z kieszeni.

Zażycie hiszpańskiego, wakacyjnego luzu to świetne doświadczenie. W dodatku na kempingu, który sprzyja przyjemnej swobodzie. Gorąco polecamy wakacje w takim stylu 🙂 

Ps. Zapomniałbym na śmierć! Będąc w Hiszpanii, czy to sami czy z dziećmi, nie zapomnijcie o skosztowaniu churrosów. W Cambrils znalezienie ich nie było łatwe, ale udało się. Dzieci oszalały z radości, oświadczyły, że te hiszpańskie pączki w ciekoladzie są przepyszne! 🙂 

Informacje praktyczne:

1. Dojazd – Cambrils zlokalizowane jest ok. 100 km na południowy zachód od Barcelony, najlepiej więc dolecieć tanimi liniami (WizzAir lub Ryanair) do stolicy Katalonii, a następnie przedostać się do Cambrils.
• Autobus: Jeśli chcecie jechać prosto z lotniska, możecie skorzystać z usług przewoźnika Plana (www.busplana.com). Autobus zawiezie Was bezpośrednio do Cambrils. Rozkład jazdy znajdziecie na ich stronie internetowej. Koszt biletu w jedną stronę: 16,90 euro (jeśli kupujecie od razu bilet powrotny, wówczas cena łączna wynosi 29.90 euro), dzieci do lat 4 podróżują za darmo. Podróż autobusem trwa ok. 2 godz.
• Pociąg: Dobra opcja, jeśli najpierw chcecie zwiedzić Barcelonę. Stąd do Cambrils możecie dostać się m.in. pociągiem z dworca kolejowego Sants. Bilet kosztuje ok. 10 euro (możecie go kupić przez internet lub w kasie. Pociągi jeżdżą często, więc nie ma problemu z zatłoczeniem, nawet w środku sezonu). Podróż pociągiem trwa 1,5 godz.
• Taksówka: to już wersja na bogato. Za przejazd z lotniska w Barcelonie do Cambrils trzeba zapłacić 180-200 euro.
2. Nocleg – w Cambrils znajdziecie wiele kempingów, apartamentów na wynajem lub hoteli. My wybraliśmy Camping Joan, na obrzeżach miasta. Z czystym sumieniem polecamy przede wszystkim rodzinom z dziećmi. Czysto, miło, spokojnie i rodzinnie. Mały bungalow, który wybraliśmy kosztował nas (dwoje dorosłych i dwoje dzieci) 1 200 euro za 10 noclegów. Cena zawiera dodatkowe opłaty – ręczniki, sprzątanie w dniu wyjazdu i Wi-fi na tydzień za dwa urządzenia). Poza sezonem ceny znacząco spadają. Szczegółowe ceny noclegów znajdziecie na stronie (www.campingjoan.com).
3. Jedzenie na kempingu – jak to na kempingu, cena nie obejmuje wyżywienia. W obrębie Campingu Joan znajdziecie jednak tanią restaurację z przyzwoitym jedzeniem (w menu dziecięcym dania za 6 euro, m.in. nuggetsy z frytkami, makaron z sosem pomidorowym, poza tym pizza za ok 8-10 euro, hamburger za 6 euro, inne dania główne w granicach. 6-12 euro, przekąski 6-10 euro). Lokalny sklep jest bardzo dobrze zaopatrzony i niedrogi jak na hiszpańskie standardy, więc jeśli zdecydujecie się gotować sami, to będzie to najtańsza opcja. Obok kempingu, tuż przy plaży znajduje się również miła knajpka, w której warto spróbować owoców morza i ryb. Ceny wyższe niż w restauracji kempingowej, ale warto.

M.