Myśl o tym, że pojedziemy tylko we dwoje na weekend do Budapesztu wydawała się nierzeczywista. Nagle dwa dni bez krzyków, dziecięcych bijatyk i porozrzucanych wszędzie zabawek? Możliwość zjedzenia w spokoju posiłku w knajpach, które niekoniecznie muszą mieć w menu naleśniki, makaron czy kotleciki z kurczaka, aby nasze dzieci mogły się tam posilić bez grymaszenia? Picie kaw, które przy ostatnim łyku będą nadal ciepłe? To przecież nie nasze życie! A myśl o tym, że wieczorem będziemy mogli zrobić sobie randkę i swobodnie pójść gdzieś na drinka, wydawała się żywcem wyjęta z innej galaktyki. Uszczypnęliśmy się wzajemnie, zostawiliśmy dzieci pod czujnym okiem dziadków i ruszyliśmy w drogę.

Mieliśmy dla siebie dwa wieczory. Pierwszego trafiliśmy w okolice Vaci utca, ulicy w samym centrum. Wcześniej Google podpowiedział nam, że kwitnie na niej życie towarzyskie i można potknąć się o liczne knajpy. Nie wiem, gdzie ono tak kwitnie, ale chyba nie w tych restauracjach, w których po 23 ze świecą można szukać czynnej kuchni. Lokali trochę jest, ale atmosfera jest dosyć senna. Ale to mało, gdy wyrwaliśmy się z domu i chcieliśmy być szaleni, zamawiając w knajpie drugie piwo i nie myśląc o tym, że trzeba wstać w okolicach 6 rano. No nic, pomyśleliśmy, sobota to już będzie nasza.

Ale gdzie iść? Gdzie bawią się miejscowi? Odpowiedź jest jedna – dzielnica żydowska! Przewodniki i portale, które mieliśmy okazję zobaczyć, zdają się traktować to miejsce nieco po macoszemu. Bo wiadomo, jak Budapeszt na weekend, to lepiej opisać siedemnasty pomnik niż miejsce z klimatem. No cóż, może wyjdzie ze mnie podróżniczy ignorant, ale zamiast zobaczyć pomnik „nie mam pojęcia kogo, bo to nudna historia”, wolę odwiedzić tętniącą życiem okolicę. W Budapeszcie znajdziemy oczywiście mnóstwo miejsc wartych zobaczenia, co szerzej opisaliśmy tutaj.

Dzielnica żydowska nas absolutnie zauroczyła! Erzsébetváros, co tłumaczyć należy jako Miasto Elżbiety znajduje się w Peszcie, tuż obok ścisłego centrum. Rejon ten był przed wojną zaludniony przez ludność żydowską. Obecnie kultura i historia żydowska nadal obecne są tam na każdym kroku. Funkcjonują tam chociażby centra kultury czy synagogi, w tym druga największa na świecie. Na każdym kroku zobaczyć można liczne murale.

Jeśli dzień wcześniej przesmradzaliśmy się po centrum nie wiedząc, która knajpa wygląda dostatecznie ciekawie, żeby do niej wejść, to tutaj moglibyśmy siedzieć z tydzień. W tym czasie przytyłbym pewnie z pięć kilo i wypilibyśmy niejedno piwo. Poznalibyśmy też pewnie sporo ludzi, bo choć nie mam w naturze swobodnego zagadywania nieznajomych, to tutaj miałem ochotę klepać ludzi w plecy i robić z nimi misiaczki. Cóż mnie wprawiło w taki nastrój? Klimatyczne lokale na każdym kroku, uśmiechnięci ludzie i wszędobylskie zapachy pysznego jedzenia.

Klimatyczność na te knajpy z nieba nie spadła. Stali za tym młodzi ludzie, którzy w okolicach roku 2000 mieli dosyć napuszonych barów z centrum i marzyli o miejscach z duszą. Zaczęli kupować opuszczone budynki, których w tamtym czasie było dużo w podupadłej dzielnicy, i zamieniać je w bary. Milionów dolców na wystrój raczej nie mieli, więc knajpy wyposażano w stare meble, a przy wszystkim pomagali lokalni artyści. I tak powstały tzw. ruin pubs.

Powiem tak, jak jedziecie do Budapesztu, to nie próbujcie nawet nie odwiedzić Szimpla Kert, jednego z najbardziej znanych ruin pubów. Jak do niego trafiliśmy? Zupełnie przypadkiem. Szliśmy ulicą Kazinczy z napełnionymi brzuszkami, o czym jeszcze później. Widzimy ciekawą kamienicę z fikuśnymi balkonami, Iza zaczyna robić zdjęcia. Nagle spostrzegamy bramę, której strzeże kilku osiłków. Nie zachęcało to do wejścia, ale to, że ciągnął tam tłum ludzi sprawiło, że musieliśmy wejść i zobaczyć o co chodzi. Po wejściu doznaliśmy niemałego szoku. Znaleźliśmy się w najlepszym pubie, w jakim w życiu byłem! Świetny, szalony wystrój, klimatyczne światła. Szimpla Kert ma kilka poziomów, znajdziemy tam kilkanaście barów i sal do siedzenia, jest również parkiet do tańczenia. Można się tam zgubić, co zapewne zdarzyło się już setkom zawianych imprezowiczów. Bawi się tam mnóstwo miejscowych, ale pub odwiedzają też turyści. Widok pary sączących wino niemieckich emerytów z plecaczkami i w sandałach obok wytatuowanych, brodatych kolesi, wypijających jednym łykiem ćwierć kufla piwa, nikogo tam raczej nie dziwi.

Byliśmy także w Grandio, pubie położonym na podwórku i częściowo pod gołym niebem. Jak doczytaliśmy, budynki dookoła tworzą Grandio Party Hostel, czyli przystań dla zbłąkanych dusz, gdzie można znaleźć tani nocleg w bardzo imprezowym klimacie. A jaki klimat panował w pubie? Bardzo otwarty. Obok siebie siedziała około 20-osobowa grupa gejów, gromada Anglików w wieku przedemerytalnym, ekipa mięśniaków i paczka głośnych dziewczyn. Wszyscy bawili się świetnie.

Jeśli chcecie dobrze zjeść, to tuż obok Szimpla Kert, na ulicy Kazinczy, jest Karaván. To ogródek między dwoma kamienicami, w którym znajdziecie kilkanaście foodtrucków z przepysznym jedzeniem. Kuchnia węgierska, włoska, tajska, meksykańska, wegańska, burgery i wiele innych pyszności – głowa może rozboleć przy podejmowaniu decyzji, co zjeść. To właśnie tam solidnie napchaliśmy brzuszki. Najpierw cudownymi langoszami, a potem, po pubowym obchodzie okolicy, świetnymi burgerami. Miałem ochotę zjeść coś jeszcze, ale bałem się, że Iza uzna, że mój brzuch wszedł w etap niedorzecznej śmieszności ze względu na swój zacny wygląd, więc nawet nie zwerbalizowałem swych myśli. Na podwórku jest nawet sporo miejsc do siedzenia, jak również trucki z alkoholem, więc Karaván to świetne miejsce na wieczór.

Poza dzielnicą żydowską, warto także odwiedzić Centralną Halę Targową (Központi Vásárcsarnok). Można tam kupić wiele produktów spożywczych. Co jednak było dla nas kluczowe, na pierwszym piętrze w jednej z alejek znajduje się kilka barów czy też stoisk, w których można skosztować specjałów węgierskiej kuchni. Za rozsądne pieniądze można zjeść langosza, gulasz, kiełbasy w różnych postaciach, leczo czy strudel. Zazwyczaj panuje tam wielki tłum, ponieważ alejka jest wąska, a miejsc siedzących jest malutko. Niemniej jednak warto tam zajrzeć.

Zakochaliśmy się w nocnym Budapeszcie i już zaczynamy myśleć, kiedy znowu możemy się wyrwać z domu. Kto jedzie z nami? 🙂

M.

Jeśli spodobał Ci się tekst i chcesz być z nami na bieżąco, serdecznie zapraszamy do polubienia nas i obserwowania na Facebooku i Instagramie 🙂