Listopad to nigdy nie był nasz ulubiony miesiąc. Jeszcze zanim pojawiły się dzieci, mieliśmy na niego niezły sposób. Przez kilka lat, zawsze na początku miesiąca wyjeżdżaliśmy tam, gdzie cieplej. Często był to nasz główny wyjazd w całym roku, na który odkładaliśmy pieniądze przez kilka miesięcy. W nowych miejscach i w promieniach słońca łatwiej było nam oderwać się od uziemiającej nieraz codziennej rutyny, różnego rodzaju trosk i poszukać w sobie dodatkowej energii.

Mamy kolejny listopad. Tym razem, już z dzieciakami, udało nam się wyjechać na tydzień na przełomie października i listopada. Mamy jednak koniec miesiąca, a ja ledwo pamiętam, że gdzieś byliśmy. Tyle się wydarzyło w tym czasie. I najlepsze jest to, że tak naprawdę nic wielkiego i konkretnego. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że życie bezustannie przyspiesza, a wszelkie wydarzenia i sprawy do załatwienia zagęszczają się coraz szybciej.

Ot, zwykła codzienność

Pójść do pracy i uczciwie tam popracować przez osiem godzin. W domu zająć się dziećmi – rozmawiać z nimi, tłumaczyć im na bieżąco świat, przygotować im sensowne jedzenie, umyć, pobawić się, wkraczać gdy trzeba w ich bezustanne sprzeczki i rozmawiać, rozmawiać. Spędzić czas z Izą, dbając nawzajem o siebie i naszą relację. Ogarnąć dom na tyle, żeby opieka społeczna wraz z sanepidem nie wjechały nam na kwadrat o 6:00. Zrobić zakupy. Pamiętać o tym, żeby wypłacić w bankomacie pieniądze za zdjęcia ze żłobka, wziąć misia do przedszkola z okazji dnia misia, kupić prezent na urodziny koleżanki Antka, pojechać po rękawiczki dla dzieci, bo przecież już zimno, a wyrośli ze starych. Umówić Maję na badania, do lekarza, pojechać tu, pojechać tam. Zrobić w końcu remont w pokoju dzieci, wybrać i kupić meble, kupić farbę i pomalować pokój, złożyć meble. Być wsparciem dla chorujących członków rodziny. Serce boli, bo brakuje czasu, żeby spotkać się z przyjaciółmi. Ale serce się cieszy, bo oni rozumieją i nie obrażają się, gdy się chwilę nie odzywamy, zagubieni w labiryncie codzienności. A miło mieć jeszcze chwilę dla siebie i dla swoich przyjemności i zainteresowań. Więc staramy się jakoś wykroić trochę czasu na lekturę czy wspólne obejrzenie serialu. Ale wiadomo, oglądamy coś, a w głowie myśl „O, opony trzeba zmienić na zimowe” przepycha się z tą o konieczności odwiedzenia urzędu dzielnicy.

Mamy prawo do gorszego dnia. Nie traktujmy siebie zbyt surowo, codzienność i tak potrafi nieźle dać w kość!

Można się zgubić w tym wszystkim. Nie musi dziać się nic wielkiego, żeby stanąć z rozłożonymi rękami na środku i zapytać: „Co teraz?”, wiedząc jednocześnie, że i tak pewnie zapomniało się o wielu rzeczach, o których należało pamiętać. Trzeba dążyć do tego, aby jakoś nad tym wszystkim zapanować. Staram się jednak pamiętać o tym, żeby nie odmawiać sobie prawa do przyznania się, że jestem zmęczony. Że czegoś mi się nie chce. Nie przyklejam sobie sztucznego uśmiechu, mówiąc na każdym kroku wszystkim, że nigdy nie było lepiej. Tak, jak siedziałem z rodziną na plaży w Barcelonie to było mi lepiej niż z bolącą głową w kolejce w Biedronce po ciężkim dniu w pracy. Wiem, że dominuje teraz kult wiecznej energii i sukcesu. Ich brak to taki cichy chłopaczek, który stoi na imprezie w kącie i nikt nie chce z nim rozmawiać.

Mam takie życzenie, żebyśmy nie traktowali siebie zbyt surowo. Codzienność i tak potrafi już mocno dać w kość. Nie ma chyba sensu zadręczanie się tym, że jakieś zadanie w pracy przedłuża nam się o dwa dni, a okna na Święta jeszcze nieumyte. Róbmy coś dla siebie, szukajmy prostych przyjemności, żebyśmy mieli więcej uśmiechu dla bliskich i dla siebie, gdy rano patrzymy w lustro. Bo jak staniemy się stadem zombie, to wielkiego pożytku z nas nie będzie.

M.