Dokładnie trzy lata temu doświadczyłem średnio przyjemnej rzeczy – zwolnienia z pracy. Zwykłe rozstanie nie byłoby niczym nadzwyczajnym, to się zdarza. Jednak pracodawca mówiący, że to koniec współpracy w kwadrans po tym, jak wróciłem z czteromiesięcznego urlopu rodzicielskiego, to już słabo.

Facet na rodzicielskim?

Początek października 2016 roku był od dawna ustalonym terminem, kiedy miałem wrócić do pracy. Wrócić po wciąż egzotycznym jak na faceta urlopie rodzicielskim. Spieszę od razu z wyjaśnieniem, bo często jest to mylone: mężczyzna na rodzicielskim to nie to samo, co mężczyzna na ojcowskim. Urlop ojcowski trwa dwa tygodnie i często brany jest przez facetów od razu po narodzinach dziecka. Rodzicielski zaś może być dzielony przez oboje rodziców w ramach rocznego urlopu. Zwykle to kobiety korzystają z niego w całości. Byłem jednak tym gościem, który postanowił zostać w domu z małym brzdącem. Dlaczego? Bo chciałem, bo czułem, że to ważne. Przez kilka pierwszych miesięcy życia Antka, naszej pierwszej pociechy, po powrocie z pracy czułem, że coś mi ucieka. Że widzę go tylko kilka godzin dziennie w tygodniu oraz w weekendy i że to za mało. Stąd pomysł, aby Iza wróciła do pracy i żebym to ja przez kolejne cztery miesiące, do czasu pójścia Antosia do żłobka, zajmował się nim na cały etat.

List rozczarowanego ojca

Mój pracodawca bez problemu zgodził się na to, życzył mi powodzenia. Wielkie więc było moje zdziwienie, gdy po tych czterech miesiącach nieobecności usłyszałem, że nie ma dla mnie już pracy. Że nie ma dla mnie projektów, choć moi klienci nadal byli i z rozmów z nimi wiem, że czekali na mój powrót. Wróciłem do domu
i wiedziałem, że muszę coś z tym zrobić. W takiej chwili trochę nie wiadomo, czy szukać od razu nowej pracy, czy myśleć o sądowych rozprawach z dotychczasowym pracodawcą czy może po prostu wyżalić się bliskim. Jestem człowiekiem słowa pisanego, więc postanowiłem spisać moje emocje i refleksje. W ten sposób powstał „List rozczarowanego ojca”, który zamieściłem na swoim profilu na Facebooku (możecie go przeczytać TUTAJ).

Upubliczniłem go w nadziei, że może ktoś z moich znajomych zechce udostępnić go dalej, aby przedstawić ten problem społeczny, jakim jest zwalnianie rodziców (niemal wyłącznie kobiet) od razu po powrocie z urlopu rodzicielskiego. Znajomi komentowali, oburzali się, wspierali. I udostępniali. Jakież było moje zdziwienie, gdy zacząłem dostawać wiadomości na Messengerze od dziennikarzy, do których dotarł mój post i którzy chcieli napisać na ten temat artykuły. Zgadzałem się, udzielałem dodatkowych komentarzy, bo zależało mi na tym, aby w debacie publicznej podnieść problem tego, że wielu pracodawców wciąż traktuje rodziców jako gorszych pracowników i niejednokrotnie „karze” ich za to, że wpadli na tak dziwaczny pomysł jak urodzenie dziecka. Sprawa zaczęła eskalować, ponieważ do akcji wkroczył mój pracodawca, który poczuł się zniesławiony. Nazwa firmy w moim wpisie nie padła, ale co sprytniejsi dotarli do tego, gdzie pracowałem.

Wsparcie i dobre słowo na każdym kroku

Tutaj moje zdziwienie spotęgowało się, bo nagle zostałem otoczony opieką prawną kilku osób w różny sposób związanych z prawem. To było niesamowite. Znajomi wciągnęli w pomoc swoich znajomych, którzy służyli mi swoim czasem i wiedzą na temat prawa pracy i tego typu zwolnień. Na nieprzyjemne rozmowy z pracodawcą nie szedłem więc sam, mogąc liczyć na najwyższej klasy wsparcie. Opinia prawników była też decydująca dla odrzucenia oferty występu w telewizji śniadaniowej, której chciała posadzić mnie na kanapie, abym opowiedział swoją historię. Cały czas analizowałem możliwość spotkania się w sądzie. Bo choć od początku całej tej historii moja postawa była ugodowa, to rzeczy, które słyszałem na spotkaniach z pracodawcą, sprawiły, że, gdyby chodziło tylko o mnie, to skończyliśmy w sądzie. Iza była jednak już w ciąży z Mają, o czym wiedzieli tylko najbliżsi, a rozprawy sądowe mogłyby narazić ją i Maję na niepotrzebny stres, czego absolutnie nie chciałem. O bycie świadkiem w sprawie musiałbym też prosić koleżanki i kolegów z pracy, a to raczej przeżycie, na które nie chciałem ich narażać. Pod kątem formalno-prawnym sprawa ostatecznie rozeszła się po kościach. Nikt nikogo o nic nie pozwał.

Co jednak działo się w międzyczasie było dla mnie absolutnie niesamowite. Ze słowami wsparcia pisało do mnie mnóstwo ludzi, i to nie tylko znajomych, ale także dotychczas mi nieznanych. Przedstawiciele różnych firm odzywali się do mnie z propozycją wysłania im mojego CV. Wielkim i budującym przeżyciem było dla mnie otrzymanie całego tego ciepła.

Haters gonna hate

Czytałem także część komentarzy, które ukazywały się pod tekstami na różnych portalach czy ich facebookowych stronach. Tam także było wiele słów wsparcia, ale i hejtu. Czytałem między innymi o tym, że nie mogę nazywać się facetem skoro sam z siebie zdecydowałem się na to, żeby siedzieć w domu z małym dzieckiem i zmieniać mu pieluchy. To nie jest przecież męskie zajęcie. Nie spodziewałem się tego po sobie, ale tego typu komentarze wywoływały moje szczere rozbawienie. Pozwoliło mi to nabrać jeszcze większego dystansu wobec uwag ludzi pewnego typu, którzy zawsze będą próbowali wylać gdzieś swoją żółć. Często niestety obrażając innych.

Wszystko jest po coś

Gdzie jestem trzy lata po tym wydarzeniu? W lepszym miejscu. Nasza rodzina powiększyła się. Pracuję w firmie, w której spotkałem świetnych ludzi i gdzie czuję się szanowany jako pracownik, rodzic, a przede wszystkim człowiek. Tak po prostu. Nauczyłem się większego dystansu wobec spraw zawodowych. Bo często to, co w danej chwili w pracy może wydawać się najważniejsze na świecie, tak naprawdę ma niewielkie znaczenie. Jeszcze kilka lat temu zasuwałem często do nocy, nieraz kosztem snu czy swojego samopoczucia, myśląc, że tak trzeba, że to ważne, że ktoś doceni. Taaaaaa, ale docenili. Nauczyłem się bardziej być sobą. Mówić co odczuwam, co myślę, nie starać się nikomu przypodobać na siłę.

Zwolnienie z pracy w takich okolicznościach przyjemne nie było. Pewnie nigdy nie jest. Ale, choć zabrzmi to bardzo banalnie, zawsze głowa go góry. Bo nawet z pozornie gównianych wydarzeń można wiele wynieść i wyjść obronną ręką, lądując w lepszym miejscu. I dlatego zawsze mam opory, żeby na urodziny życzyć innym samych dobrych chwil i wszystkiego najlepszego. Bo te gorsze chwile też są potrzebne, żeby dobrzy ludzie obok nas mogli zamienić je w te najlepsze.

M.