Usłyszałem ostatnio od znajomej, która śledzi nasze losy na blogu, że jesteśmy dla niej idealną rodziną. Że jesteśmy aktywni, jeździmy z dziećmi, pokazujemy im świat, tak bardzo się kochamy, świetnie ich wychowujemy, oboje jesteśmy w to zaangażowani. Że można nas stawiać za wzór idealnej, współczesnej rodziny.

Oni dają dzieciom czekoladowe płatki!

Zawsze miło usłyszeć coś dobrego na swój temat. Ale jednocześnie pomyślałem: „Nie, nie, nie, w ogóle nie jesteśmy idealni!”. Spójrzmy na to, jak wygląda nasz poranek w tygodniu. Standardowe prysznice, szykowanie się, prasowanie ubrań. Antoś i Maja zawsze chcą przekąskę i bajkę. I wiecie co? Tak, dostają czekoladowe płatki (w naszym domu królują Liony) i włączamy im bajki. Po to, żebyśmy mogli w jakkolwiek względnym spokoju mogli skończyć się szykować, przeskakując co i rusz fikuśnie ponad rozłożonymi na podłodze zabawkami. Nasz poranek to nie jest obrazek z reklamy, gdy roześmiana rodzina siedzi przy stole i wspólnie je śniadanie. Zwyczajnie nie mamy na to czasu.

Nasze domowe menu nie jest nadzwyczaj urozmaicone. Staramy się im podsuwać nowe rzeczy, przemycać jak najwięcej warzyw. Ale wychodzi różnie, więc zazwyczaj stawiamy na stare, dobre kulinarne hity domu Ostrowidzkich – pomidorową, spaghetti, naleśniki czy kotleciki. Staramy się za to ograniczać cukier w diecie naszych maluchów, ale tutaj też nam daleko do ideału. Sami nigdy nie pogardzimy czymś słodkim, więc co się dziwić, że dzieci też chcą.

Ogólnie spokojny ze mnie człowiek. Do momentu aż się zdenerwuję, oczywiście. Nie czujemy się idealni, gdy złościmy się na dzieci. 

Bo robią coś za wolno.
Bo muszę powtarzać prośbę po kilka razy.
Bo kłócą się o głupstwa (dla mnie głupstwa, nie dla nich).
Bo bawią się rano, gdy trzeba już wychodzić z domu.
Bo słyszę „Tatoooo” po raz dziesiąty w ciągu trzech minut.
Często już w momencie, gdy się unoszę jest mi głupio. Często potem przepraszam dzieci za to, że się niepotrzebnie zdenerwowałem. Ale co się nazłościłem, to się nazłościłem.

Idealna, czyli niby jaka?

Robimy jeszcze wiele rzeczy, które u rodziców chętnie oceniających innych wywołałyby krzyk przerażenia i ściągnęły na nas zdegustowane spojrzenia. Jakoś nie wyobrażam sobie bycia idealną rodziną. Bo niby co to w ogóle znaczy? Każdy ma inne wyobrażenie o tym, dla każdego co innego może być kluczowe. Zewsząd jesteśmy atakowani informacjami o tym, co powinniśmy koniecznie robić, a czego absolutnie nie. O czym nigdy nie możemy zapomnieć i co jest nam niezbędne do szczęścia. Łatwo można wpaść w kompleksy, czując, że ciągle robi się coś źle. Dzisiaj przecież wszystko powinno być świetne, idealne, bezbłędne.

Popełniamy błędy. Nie bójmy się ich. Dzięki nim łatwiej odkryjemy, co jest dobre i naprawdę ważne. Codzienne życie w związku czy w rodzinie uznać chyba można za pole minowe. Każdego dnia czyha na nas mnóstwo pułapek. Przecież czasami jedno złe słowo, wywołane chociażby zmęczeniem, potrafi pociągnąć za sobą lawinę kolejnych wydarzeń, które zepsują dzień wszystkim. Tak łatwo popełnić błąd. I co? Trudno. Warto wyciągnąć wnioski i starać się go naprawić. Popełniane błędy czasami bolą, ale są cholernie potrzebne.

Nie ma przepisu na bycie idealną parą, idealną rodziną czy idealnymi rodzicami. To żywy organizm, gdzie czasami coś się sprawdza, a jakiś czas potem już nie. Nie jesteśmy nieomylni. Wydawało nam się, że jak zrobimy coś w taki właśnie sposób, to wyjdzie świetnie. A tu klops. Warto po prostu słuchać siebie nawzajem, próbować zrozumieć i starać się, nie poddawać i nie odwracać się od siebie. Tylko tyle.

M.