Drodzy rodzice, pamiętacie te czasy, gdy nie mieliście jeszcze dzieci? Wam też wydaje się, że to prehistoria? Ci mali ludzie tak potrafią przeorganizować życie, że można zapomnieć, że kiedyś było się w pełni niezależnym, szalonym, a codziennie po pracy biegało się z jednego spotkania ze znajomymi na drugie. Albo po prostu przesypiało się całe noce. I zjadało posiłki ZA PIERWSZYM PODEJŚCIEM! To jest dopiero szalone!

No więc, jak to było?

Kilka razy w naszych rozmowach z Izą padało pytanie „Pamiętasz co robiliśmy, gdy nie było jeszcze naszych Puciaczków?”. Jakoś  nigdy dłużej się nad tym nie zastanawialiśmy. I oto ostatnio mogliśmy przekonać się, jak to było. Wakacyjna przerwa w żłobku i przedszkolu sprawiła, że po powrocie z wakacyjnego wyjazdu (przeczytacie o nim tutaj: Hiszpania: Kemping z dziećmi na Costa Dorada), musieliśmy zorganizować na kilka dni opiekę dla Antka i Mai. Kalendarz mówił nieubłaganie, że to koniec urlopu i musimy wracać do pracy. Z pomocą przyszli rodzice Izy. Na cztery dni nasze maluchy trafiły więc do dziadków kilkadziesiąt kilometrów od domu. A my byliśmy w domu sami, zupełnie sami. Wehikuł czasu istnieje!

Wiedzieliśmy, że będziemy tęsknić, ale jednocześnie snuliśmy wielkie plany. Tutaj kino, tutaj jakaś kolacja. Trzeba się z kimś spotkać, piwa wspólnie napić. Co to się nie będzie działo! Tymczasem środa, godzina 17:30. Wracam z pracy, Iza wróciła pierwsza. Siedzi na kanapie i bez większego zainteresowania ogląda telewizję. No to co ja robię? Dopinguję, weź, wstajemy, idziemy, cały wieczór przed nami, wieczorna Warszawa czeka! No niekoniecznie tak było. Spocząłem spokojnie obok Izy i przyłączyłem się do amebowego oglądania telewizji. Ok, czyli tak to było, gdy nie mieliśmy jeszcze dzieci. Organizowaliśmy się ze dwie godziny i w końcu wyszliśmy na spacer. Nawet przekąsiliśmy coś na mieście. Innego dnia poszliśmy do kina. Tacy szaleni. Poza tym nic specjalnego, w sumie to nawet nie pamiętam co robiliśmy. Ale jakie plany mieliśmy, to nasze!

Dzięki małym ludziom nauczyliśmy się ogarniać rzeczywistość

Dzieci zabierają sporo swobody, nie ma się co oszukiwać. Nie wybiegnę przecież spontanicznie z domu w przypływie ułańskiej fanatazji, bo niespełna czterolatek i dwulatka sami w czterech ścianach, to raczej nienajlepszy pomysł. Mali ludzie zmuszają jednak do lepszej organizacji. Co dla mnie i Izy jest wręcz zbawienne. Jeśli chodzi o sprawne zarządzanie codziennością, to asami raczej nie jesteśmy. Zwykle wszystko robimy na ostatnią chwilę, czy niekiedy wręcz o czymś zapominamy. Duży wpływ ma na to nasze subtelne lenistwo, które nie pomaga. Uważamy, że dwa tygodnie na odebranie listu poleconego z poczty to zdecydowanie za mało. Na zaniesienie zepsutego zegarka do zegarmistrza potrzeba zaś przynajmniej pół roku.

Z łezką w oku wspominam nasze złożenie deklaracji podatkowych sprzed kilku lat, gdy zrobiliśmy to ostatniego możliwego dnia kilka minut przed północą. Wrzucając je do specjalnego pojemnika przy wejściu do urzędu skarbowego. Wysiadając na chwilę z taksówki, która wiozła nas na imprezę. 

A dzisiaj jakoś się wspólnie organizujemy, raz lepiej, raz gorzej. I improwizujemy, bo jednak każdego dnia przekonuję się o tym, że wspólne życie z dziećmi to jedna wielka sztuka improwizacji. I dobrze, przynajmniej jest ciekawie. 🙂

M.