Ze wstydem muszę przyznać, że w czasach szkolnych molem książkowym nie byłem. Poza lekturami niewiele pozycji wpadało w moje ręce. Tak naprawdę dopiero na studiach zacząłem czytać intensywniej. I tak mi zostało. Każdego dnia, nawet gdy dzień mam zapełniony po brzegi, a okoliczności nie sprzyjają, staram się przeczytać choćby i kilka stron. Bez tego czuję, że coś jest nie halo, czegoś zabrakło. W literaturze szukam różnych rzeczy. Dobrze opowiedzianej historii, która wciągnie bez reszty. Wejścia w świat ludzi, z którymi nigdy nie miałem do czynienia albo których chciałbym poznać lepiej. Zrozumienia, trochę siebie, trochę świata. Wiedzy. Uspokojenia i przyjemności. Nie sięgam po przypadkowe książki, więc po zakończonej lekturze niemal każdej pozycji czuję, że czas z nią spędzony był wartościowy. Niektóre z nich pozostawiają jednak coś więcej. Zmianę myślenia czy refleksje, które nie dają spokoju. To książki, które, mówiąc górnolotnie, są w stanie zmienić czyjeś życie. Sam poczułem ten patos, który tu wprowadziłem. Żeby nie przedłużać, chciałbym podzielić się z Wami dwoma tytułami, które długo po odstawieniu na półkę były ze mną, i w sumie nadal są, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

„Grona gniewu”, John Steinbeck  

Ostrzegam, że po lekturze tej książki możecie już nigdy nie spojrzeć tak samo na kapitalizm. Bohaterami powieści Steinbecka jest rodzina Joadów, farmerów, którzy w czasach wielkiego kryzysu gospodarczego w stanach Zjednoczonych są zmuszeni opuścić swoje rodzinne strony i ruszyć w poszukiwaniu pracy. Jak wielu innych mieszkańców południa Ameryki ruszają do Kalifornii, która nie okazuje się tak przyjazna dla przybyszy, jak powszechnie sądzono. Lektura dzieła Steinbecka zmusza do tego, żeby pomyśleć o kluczowych w życiu wartościach oraz tego kim jesteśmy i kim możemy być jako ludzie. W konsekwencji może doprowadzić do tego, że złapiecie dystans wobec pewnych cech współczesnego świata. Bo mimo iż Steinbeck napisał „Grona gniewu” w 1939 roku, to stworzył dzieło do bólu aktualne. Tak, wiem, ten patos, który wpuściłem na początku wciąż unosi się w powietrzu, ale, jeśli nie czytaliście jeszcze „Gron gniewu”, to sięgnijcie po ten tytuł. Na oddzielny podziw zasługuje styl Steinbecka. Jego język jest prosty, precyzyjny, nie mamy wrażenia, że jakiekolwiek słowo wepchnęło się do książki przypadkiem. A jednocześnie tym oszczędnym stylem Steinbeck jest w stanie przekazać tak wiele. Dla mnie to diament. 11/10.

„Droga”, Cormac McCarthy

W nieokreślonej przyszłości nastąpił kataklizm, który pogrzebał naszą cywilizację i niemal całe życie na Ziemi. Tę mroczną krainę, gdzie natknąć można się głównie na zgliszcza lub ostatnich ludzi, którzy stali się kanibalami, przemierzają ojciec i syn. Ta powieść przeraża, często dołuje. Ale wypełnieni tymi emocjami, którymi przecież nie rozkoszujemy się na co dzień, więc zwykle staramy się od nich uciec, w zachwycie czytamy dalej. To z pewnością sztuka poprowadzić w takim piekielnym świecie literackim opowieść o nadziei i miłości. Więź łącząca ojca i syna jest poruszająca. Pamiętam, że długie fragmenty „Drogi” czytałem ze ściśniętym gardłem i szklącymi się oczami. Bardzo chcę wrócić do tej książki, ale boję się, że czytając ją ponownie, teraz już jako tata, nie będę przestawał płakać. Kogo chce oszukać, i tak ją przeczytam. Tyle że raczej nie w autobusie w drodze do pracy.

Nie umiem w żaden sposób stwierdzić, czy te książki są najlepszymi, jakie czytałem. Określenie ich ulubionymi też jakoś nijak nie pasuje. Ulubione to ja mam kubki do kawy. Wiem jednak, że zmieniły mnie już na zawsze i pomogły stać się mną. To chyba nienajgorsza rekomendacja dla książek. Wróć, Książek.

  1. Olek, dzięki za taką, a nie inną książkę, którą podarowałeś nam w dniu ślubu.

M.